WYWIAD #8

Grzegorz Kupczyk - Marcin Gajewski ["Tylko Rock" 2000]

W minionych latach próbowałeś różnych odmian heavy metalu. Na nowej płycie powróciłeś do szlachetnego klasycznego heavy. Czy to styl, który jest ci najbliższy?

Wydaje mi się, że jednak tak, ponieważ ten powrót jest spontaniczny i właściwie niezamierzony. Kiedy przystępowaliśmy do nagrywania płyty, zastanawialiśmy się co grać, w którym podążyć kierunku. I ostatecznie doszliśmy wspólnie do wniosku, że nie będziemy się zastanawiać. Po prostu będziemy tworzyć. I to wydawało nam się najszczersze, najprawdziwsze. Pierwszym utworem, który powstał, był „Feniks”. Następne kawałki zaczęły sypać się jak z rękawa. I okazało się, że wszyscy doskonale się rozumiemy w tym stylu. Świetnie się w nim czujemy. Zatem ta płyta jest bardzo szczera. Bardziej niż poprzednia, bo podczas nagrywania „W imię prawa” byłem świeżo pod wpływem takich zespołów industrialnych jak Nine Inch Nails, czy White Zombie i na tamtej płycie pozwoliłem sobie na eksperymenty zainspirowane tymi grupami. Dlatego tamten album był bardziej zaplanowany.

Znów sięgnąłeś po utwór Turbo i znów z płyty Kawaleria szatana. Czy to jakaś prawidłowość, która będzie się powtarzać także w przyszłości?

Raczej nie. Po prostu uważam „Kawalerię szatana” za najlepszą płytę Turbo, jedną z najwybitniejszych polskich płyt metalowych i to wcale nie dlatego, że na niej śpiewam. A „Kometa Halleya” pasowała tematycznie do mojej płyty. Teksty na Demonach czasu układają się bowiem w pewną opowieść. „Kometa Halleya” zawsze była postrzegana jako zwiastun zła: jakichś kataklizmów, apokalipsy. A w ogóle „Demony czasu” mówią o złych aspektach cywilizacji, to znaczy o korupcji, o braku tolerancji, o brudnej forsie… Ten tekst jest być może dość ostry, może nawet ordynarny, ale jest tekstem utworu tytułowego, więc musi zawierać i podsumowywać wszystko to, o czym jest płyta.

W tym roku wielkim koncertem uczciłeś dwudziestolecie swej pracy artystycznej. Które chwile wspominasz najmilej, a o których chciałbyś zapomnieć?

Najmilej wspominam moment przyjścia do Turbo. Chwile, kiedy pojawiłem się na przesłuchaniach. Byłem przerażony, głos mi drżał i beczałem jak koza (śmiech). No i te pierwsze chwile już w Turbo. Miałem tydzień na opanowanie całego repertuaru, a opanowałem go w dwa dni! Kolejne wspaniałe momenty to te po sukcesie „Kawalerii szatana”. Te reakcje ludzi – fanów, dziennikarzy. Miałem wrażenie, że wszyscy zwariowali na punkcie tej płyty. Następny wspaniały moment przeżyłem, kiedy spodobała się płyta grupy CETI „Lamiastrata”. Graliśmy wtedy duże koncerty. Mniej klubowych, a więcej festiwalowych. No i oczywiście cudownym przeżyciem był ten koncert z okazji dwudziestolecia mojej działalności, na który przybył nadkomplet publiczności i zgotował mi wspaniałe przyjęcie, odśpiewując „Sto lat!” na stojąco… Poza tym moje dwie ostatnie płyty przysporzyły mi wiele radości. A chwile, o których chciałbym zapomnieć? Na pewno moment odejścia z Turbo, dzień, w którym pokłóciłem się z Andrzejem Łysowem, dni szarpaniny z Wojtkiem Hoffmanem… To są chwile, które powinny pójść w niepamięć. I całe szczęście, że po latach wszyscy okazaliśmy się na tyle poważni i dojrzali, że stać nas było na to, aby podać sobie ręce i zapomnieć o dawnych nieporozumieniach i animozjach.

WSTECZ