"Atlantyda - historia zaginionej oceanii" Burzyński / Yokay

A  gdy minęło dni siedem i mgły się rozproszyły

Mieszkańcy oceanii przerazili się spoglądając na siebie.

Wrzody i trąd obsypały im twarz, nosy i wargi popuchły,

Włos powypadał a ciało się zgięło.

Sam Bóg złamał postać tych, których żałował, że stworzył.

Niebo zaś, które  część świata pokrywało, stało się

Nadzwyczaj ponure i żółte.

Zniknął błękit, zniknęła promienność słońca.

Można było na tym sklepieniu burym obliczyć fałdy,

Jakie układały chmury.

Ale  nie  było  jeszcze  dość  kary.

Nie miał wszak przyczyny jeden człowiek aby śmiać się z drugiego.

Wszyscy byli jednakowo brzydcy,

jednakowo straszni – a jednak szyderstwo było jeszcze głośniejsze,

śmiech jeszcze wstrętniejszy.

Zwierzęta domowe nie poznawały swych panów i nagle

Te oswojone, przyzwyczajone do miejsca istoty,

Gromadami opuszczać poczęły miasto i jakby smutku pełne,

ruszyły w góry.

Psy i małe, śpiewne żółte, ptaszki uszły na śnieżne wierzchołki.

Jakby zmówiły się ze sobą, psy nie szczekały, ptaki nie śpiewały

aby opuszczeni gospodarze nie gonili za nimi.

Miejsca ich zajęły kruki i wilki.

Grobowe te zwierzęta, niby za wspólną zgodą, poczęły dzielić się

ciałem ludzkim.

WSTECZ