Koncert promocyjny "W imię prawa"

Koncert obył się w Blues Clubie zwanym Starym Browarem w Poznaniu. Nie jest to najlepszy lokal, jeżeli chodzi o koncerty - akustyka woła o pomstę do nieba (te wszystkie zakamarki i ścianki działowe robią z dźwięku jedną wielką rozmytą plamę - ale ma to też swoje plusy, muzykę "na żywo" słychać głównie przy scenie, dalej można od biedy sobie porozmawiać).

Całość rozpoczęła miła wiadomość, że koncert będzie za darmo - zapewniło to większe grono słuchaczy, choć myślę, że i tak duża część ludzi oddała by swoje ciężko wyżebrane pieniądze, by posłuchać gwiazdy tego wieczoru, czyli G. Kupczyka i CETI.

Jako pierwszy wstąpił na scenę Suicide Project (mam nadzieję, że nie pomyliłem nazwy ;). Przedstawili sobą typową koncertową rąbankę w stylu polskim. Na poziomie Illusion (grali ich cover) i nigdzie dalej, ani wyżej :). Na żywo wypadli znośnie, gitarzysta zabawiał się brzmieniami (z tego co pamiętam - głównie kaczka), wokalista darł się (i trudno coś powiedzieć więcej, bo dobiegał gdzieś zza reszty zespołu). Ale nie było to nic takiego, by poderwać mnie z miejsca - jak twierdzą zorientowani (tzn. Ci którzy rzucili na nich okiem :) wyglądali tak jak grali.

Chwilkę potem na scenę wkroczyli Grzegorz Kupczyk i CETI. Piszę tak, ponieważ tak są sygnowane płyty (najnowsza chyba też) i trzeba przyznać, że Kupczyk jest typowym front-manem i to wokół niego owija się CETI. Kiedy od strony sceny pobiegły dźwięki pierwszego utworu, człowiek przy mikserze nerwowo zgłaśniał wokal - kłaniają się umiejętności nagłaśniania koncertów :/. Całość była bardzo miła - główna różnica między koncertem, a materiałem na płycie - to perkusja. Na koncercie na szczęście była prawdziwa, a nie ztriggerowana i przepuszczona przez moduł perkusyjny (lub naprawdę dziwacznie spłaszczona, jeżeli była nagrywana na żywca). Całość komponowała się ładnie - bas w odpowiednich momentach wychodził na plan pierwszy, nie było problemów z powtórzeniem brzmień i pomysłów z płyty (prócz jednego, ale o tym dalej). Gitarzysta wypinając nagi tors wystrzeliwał solówki... hmmm... lepiej wyglądało by to, gdyby było co wystrzeliwać, ale może przemawia przeze mnie zazdrość ;) (przesłuchawszy jeszcze raz część kawałków z "W imię prawa" muszę oddać sprawiedliwość gitarzyście - jest co wystrzeliwać ;). Uderzyło mnie dziwne "pogubienie się" gitarzysty przy kawałku "Sztuczne Oddychanie" - w refrenie jest taka miła zmiana brzmienia gitary i na plan pierwszy wychodzą klawisze - a tu gitarzysta coś gubił w tym riffie (brzmiało to po prostu inaczej niż na płycie). Tu zahaczamy o klawisze... Hmmm... Ja jestem zwolennikiem klawiszy grających coś więcej niż typowe stringowe akordy i czasem jakiegoś pacnięcia ("Szkło")... Ale to moje prywatne zdanie - więcej bajerków... Choć i tak klawisze miło pogrywają - jazzowe wstawki w kilku utworach (na pianinie) są jak najbardziej odpowiednie i tworzą bardziej ambitny klimat.

Zawiodła mnie tylko jedna rzecz. Żadnych starszych utworów... Nie znam dyskografii CETI zbyt dobrze, ale na "Czarnej Róży" było kilka kawałków, które mnie poruszyły i miło by było je usłyszeć na żywo. Może stare dokonania nie odpowiadają teraźniejszej wizji zespołu... Nie jest to muzyka w moim klimacie, zbyt mało ciężaru własnego, za dużo młócki. Ale podejrzewam, że większość słuchaczy CETI wtedy w Browarze byłaby za ograniczeniem tego, czego mi brakowało do niezbędnego minimum. Ale ja uważam, że wstawki na klawiszach, pokręcone refreny ("Koko dżambo" czy "Orgie"), czy utwory wybijające stylistycznie z reszty płyty ("W imieniu prawa", "Galernik") pokazują, że CETI chce grać coś więcej niż koncertową młóckę i że ma coś rozsądnego do przekazania.

szalony KaPelusznik

WSTECZ